Witaj Gościu! jeżeli widzisz ten dymek to znaczy że nie jesteś zarejestrowany/zalogowany. Kliknij by się zarejestrować. Rejestracja zajmie mniej niż 30 sekund, a dzięki niej zyskasz możliwość pobierania, komentowania oraz dodawania torrentów !



User:      Hasło:     

MENU


Kategorie


FACEBOOK


PROGRAMY


WspółPraca
Poradnik
KAN


Torrent: BLACK SABBATH - HEAVEN AND HELL (1980/2010 DELUXE EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Dodał:  Fallen_Angel
Data: 10-10-2018
Rozmiar: 525.72 MB
Seed: 1
Peer: 35
Kondycja:
Zaloguj się aby pobrać


Kategoria:  Muzyka Zagraniczna

Zaakceptował: Nie wymagał akceptacji
Liczba pobrań: 2
Liczba komentarzy: 0
Ostatnia aktualizacja: 2018-10-10 20:46:51

OPIS:

...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...




Niestety i tym razem smok(*) okazał się silniejszy. Zwinęło chłopa w niecałe pół roku. Jednak ten nowotwór musiał zostać wykryty w bardzo zaawansowanym stadium. Mimo uspokajających komunikatów managementu te siedem chemioterapii, brak operacji -  dawało do myślenia i wzbudzało mój niepokój. Coś jednak o onkologii wiem, przynajmniej muszę wiedzieć. Chyba, że Jankesi wymyślili nowy sposób leczenia raka żołądka. Niestety, jednak nie wymyślili, a była to najpewniej walka z przerzutami. Nieudana, jak się okazało.
Dnia 16go maja 2010 roku po krótkiej, ale ciężkiej chorobie, Największą Orkiestrę zasilił Ronald James Padavona znany jako Ronnie James Dio, jeden z najwybitniejszych wokalistów heavy metalowych, hard-rockowych i rockowych w ogóle.

W przeciwieństwie bardzo wielu swoich równie sławnych kolegów, Ronnie zachował wyborną formę głosową do końca życia. A był z  tego towarzystwa najstarszy. Jeszcze całkiem niedawno odwiedził Polskę z mutacją Black Sabbath, czyli Heaven & Hell i dla wielu osób było to wydarzenie niezapomniane.

Dio po nagraniu trzech albumów z Rainbow rozstał się z zespołem, bo Blackmore stwierdził, że chce być bardziej radio-friendly. Ronniemu to nie bardzo pasowało i sobie poszedł. Black Sabbath pod koniec lat siedemdziesiątych to była zgraja pijaków i ćpunów, co gorsza bez formy, z co raz to przychodzącym i odchodzącym Osbournem. Do tego dwie ostatnie płyty grupy - „Technical Ecstasy” i „Never Say Die” - prasę i sprzedaż miały kiepską (ten pierwszy moim zdaniem niesłusznie) – ogólnie w zespole działo się źle. Albo nawet lepiej powiedzieć, że nic się nie działo, bo zespołu prawie nie było. Iommi z Dio przez jakiś czas chodzili koło siebie, werbalnie wyrażając chęć współpracy, ale  minęło kilka miesięcy zanim Ronnie trafił na próbę do Sabbsów. Ponoć od razu zaiskrzyło i od razu na pierwszej próbie napisali pierwszy utwór, "Children of the Sea" na nowy longplay. Iommi i reszta Sabbathów nie bali się ryzyka, bo przecież Dio i Osbourne to diametralnie różni wokaliści, a Sabbath z Ozzym to był jeden z najoryginalniejszych i najważniejszych rockowych bandów lat siedemdziesiątych, o tak charakterystycznym i niepodrabialnym stylu, jak tylko to możliwe. W tym momencie zrobili co musieli, żeby przeżyć, albo nie zaliczyć kolejnej wtopy – uciekli do przodu. Nie można było „przyfastrygować” Ronniego do wcześniej wypracowanego stylu, to musieli dopasować styl do Ronniego. Trudno o dwóch bardziej różnych wokalistów rockowych jak Osbourne i Dio – nawet fizycznie. Wysoki blondyn, ubierający się na biało, pokazujący paluszkami v-kę, czyli znak pokoju i ubierający się na czarno brunet, o nienachlanej aparycji i wzroście siedzącego psa, który paluszkami robił diabełka. Jako wokaliści – obaj głosy mieli jak dzwon, ale Ozzy, który oprócz kategorii „rockowy wokalista” mógłby startować w kategorii „syrena alarmowa”, bazował głównie na tym, co dała mu mama-natura dała, natomiast Ronnie oprócz świetnego głosu, był jeszcze znakomicie wyszkolony technicznie. Na pewno był wokalistą dużo bardziej ekspresyjnym od Osbourne’a. Z Dio muzyka Sabbs może straciła na ciężarze, ale na pewno zyskała na dynamice, rozmachu, a przede wszystkim świeżości.

„Neon Knights” zaczyna się od typowego sabbatowskiego riffu, tyle, że napędza on zupełnie inny utwór, niż to drzewiej bywało. Drzewiej bywało też, że materiał na płycie potrafił być deko monotonny. Tutaj o tym mowy nie ma. Jest pięć rockerów, dwa utwory nieco spokojniejsze tzw. ballady (chociaż „Lonely Is The Word” to coś takiego pomiędzy), a do tego jeszcze tytułowy epik. Rockery też nie są robione na jedno kopyto – najbardziej podobają mi się ”Wishing Well”  i właśnie „Neon Knights” – riff Iommiego, a potem zespól rusza z takim animuszem, jak rzadko kiedy przedtem. Ale najlepszy jest jednak tytułowy. Prawie siedem minut rockowego patosu w najlepszym rodzaju. Znakomita „platforma’ dla Ronniego, żeby mógł się wykazać swoimi wybornymi umiejętnościami wokalnymi. I pewnie to on był głównym pomysłodawcą takiego kawałka, bo Sabbsi z Ozzym takich numerów nie nagrywali.

„Heaven & Hell” mimo znaczących zmian w stylistyce, przyjęta została przez fanów bardzo ciepło – na tyle ciepło, że była to trzecia najlepiej sprzedająca się płyta Black Sabbath. Zasłużyła na to jak najbardziej. Może te najbardziej klasyczne albumy zostały nagrane z Ozzym, ale Dio też sprawdził się znakomicie. Do tej pory wymiata pięknie, może jedynie brzmienie się nieco zestarzało. Jak na dzisiejsze standardy jest może nieco za łagodne, ale wersjom koncertowym z „Live from Radio City Music Hall” już takich zarzutów postawić nie sposób…  Nie pamiętam dokładnie czy przypadkiem sam nie zaczynałem od Sabbathów z Dio – „Falling off the Edge of The World” z „Mob Rules” to było chyba pierwsze nagranie Black Sabbath, które usłyszałem w życiu. A może jednak to był „Paranoid”? Albo było to prawie równocześnie? Wspomniane „Mob Rules” było pójściem za ciosem i było udanym pójściem za ciosem – nawet jeżeli nie do końca dorównywało „Heaven & Hell”. Niestety tak udana współpraca została zakończona w 1982 roku z powodu  nieporozumień związanych między innymi z koncertowym ”Live Evil”, a problemy z używkami też nie były bez znaczenia. Dio z Sabbathami schodził się jeszcze kilka razy – w latach 1990-1993, co zaowocowało całkiem dobrym albumem „Dehumanizer”, a potem kilka lat temu, kiedy pozostali muzycy Sabbs zniecierpliwieni lenistwem Ozziego, ponownie dogadali się z Ronnim i zaczęli koncertować pod nazwą Heaven & Hell (żeby nie wprowadzać zamieszania, bo gdyby się uparli to mogliby się i Black Sabbath nazywać). Tak im się to spodobało, że nawet nagrali płytę studyjną (co prawda taką sobie, ale na siedem gwiazdek zasługiwała), a współpraca miała być nadal kontynuowana. Na ten rok były już nawet obstalowane wspólne koncerty z Iron Maiden. Niestety choroba i śmierć Ronniego zniweczyły te plany.

(*) – żona Ronniego, Wendy w jednym z oficjalnych komunikatów na temat zdrowia artysty, nazwała nowotwór – smokiem.

Wojciech Kapała





Jak głosi legenda, Tommy Iommi któregoś pięknego dnia zaraz po rozpoczęciu działalności Black Sabbath z Ronniem Jamesem Dio u sterów, miał powiedzieć, że już nigdy więcej nie chce współpracować z Ozzym - oczywiście, rzekł to w kontekście odczucia różnicy w pracy w studio, porównując relacje z obydwoma panami. Ciężko mu się dziwić.

Dio już wtedy, w 1979 roku, cieszył się renomą i słynął z absolutnego profesjonalizmu jako wokalista obdarzony niezwykłym talentem i możliwościami. Tymczasem Black Sabbath chylił się ku upadkowi. Po serii wielkich albumów i sukcesów nadszedł czas marazmu i pogrążania się w nałogach. Wypaliła się formuła, kończyła pewna epoka, potrzebna była świeża krew. A ta nadeszła w razem z Dio.

Od początku wiadomo było, że z tej hybrydy musi wyjść coś wyjątkowego. Mamy więc jedną z najważniejszych i przełomowych płyt w historii rocka, która otworzyła zupełnie nowy dział w metalu - powiało kompletnie nową, nieznaną do tej pory jakością.

"Heaven And Hell" nie jest typowym albumem Black Sabbath. Po pierwsze ciężkie, toporne riffy zostały odrzucone na rzecz bardziej wysublimowanych gitarowych brzmień. Przez większą część płyty słychać dwie, niekiedy nakładające się na siebie gitary - przywodzi to na myśl niektóre nagrania chociażby Judas Priest z tamtych lat. Czyli mamy do czynienia z czymś stosunkowo bardziej osadzonym w realiach klasycznego heavy metalu początku lat 80-tych, aniżeli z Black Sabbath z naleciałościami poprzedniej dekady. Po drugie odrzucono cały ten progresywny patos ostatnich albumów BS na rzecz prostych, lżejszych, bardziej przebojowych nagrań. Pierwsze w uszy rzuca się doskonałe, pomysłowe, "oddychające" brzmienie (recenzja pisana na podstawie winyla z "pierwszego tłoczenia") to najprawdopodobniej zasługa Martina Bircha - późniejszego nadwornego producenta Iron Maiden.

Już otwierający "Neon Knight" nie bierze jeńców i od pierwszego uderzenia w struny pokazuje, czego będziemy słuchać przez najbliższe 40 minut. Jest szybko, rytmicznie (Bill Ward w tamtym czasie był pogrążony w takim nałogu, że ponoć w ogóle nie pamięta nagrywania "H&H"), Iommi gra wiele swobodniej, luźniej niż do tej pory, właściwie tylko Butlera słychać z miejsca i od razu wiadomo, że to on. A Dio? Przez całą płytę przetacza się jak czołg przekrój jego możliwości wokalnych pod każdym względem. Chyba obok "Holy Diver" to jego numer życia.

"Children Of The Sea" to kolejny klasyk. Delikatna gitara akustyczna we wstępie, Dio śpiewa nieco wyżej niż zwykle. To właściwie pierwszy utwór, jaki wspólnie zrobili. "Lady Evil" kolejny przebój - i myślę, że właśnie na taki "paranoidalny" rock'n'roll fani BS czekali już wtedy od dawna.

I wreszcie najważniejsze, tytułowe, epickie nagranie - kanon oparty na elektryzującym od pierwszych sekund riffie. Genialne 7 minut zakończone akustyczną codą, w których dzieje się tyle takich rzeczy, że w zasadzie ciężko po tym spokojnie coś zrobić: nie wiem - zasnął, usiąść, cokolwiek. Kilka razy w historii muzyki czarodziejska różdżka pomachała nad głowami Wielkich Tego Rocka - "Epitaph", "Dancing With The Moonlit Knight", "Child In Time"... I na pewno też "Heaven And Hell".

"Time is a never ending journey" nucę sobie chodząc czasem po mieście. Bo właśnie taki jest kolejny "Wishing Well" - zwiewny, przebojowy, kolejny z tych utworów, które sprawiają, że po płytę chce się sięgać na okrągło. Od blisko 32 lat na okrągło.

W zasadzie jednak najmocniejszą częścią drugiej strony winyla są dwie ballady: "Die Young" i "Lonely Is The World" - po prostu musiały być jakieś killery na koniec, kulminacja przeszywających solówek Iommiego na tle miażdżącego wokalu Ronniego D.

"Heaven And Hell" to wielki album. Po latach każdy utwór z osobna, jak i całość bronią się rewelacyjnie, są aktualne, nie naznaczone piętnem czasu. To zbiór pięknych piosenek. Takich, jakich nigdy nie zaśpiewałby Ozzy, więc zmiana wokalisty na pewno wyszła na plus. "H&H" to dla mnie trzeci (po "Paranoid" i "Master Of Reality") najważniejszy album w historii Black Sabbath, umieszczam go też w pierwszej dziesiątce moich ulubionych płyt.

Paweł Kuncewicz





Przeglądając recenzje na DarkPlanet, aż się zdziwiłem, że jeszcze nie ma recenzji tego albumu. Po odejściu Ozzy'ego z Black Sabbath kariera zespołu stanęła pod znakiem zapytania. Choć Osbourne wielkiego głosu nie miał, to był on jednak postacią wyrazistą, potrafiącą stworzyć wokół siebie specyficznie niedopowiedzianą aurę, zdecydowanie niepodrabialną.  Iommi, Butler i Ward nie zastanawiali się długo nad tym, co dalej robić - w 1979 roku zwerbowali do swoich szeregów wokalistę Elf i Rainbow - Ronniego Jamesa Dio, za sprawą które muzyka Sabbs, jak się miało okazać, uzyskała zupełnie innego wymiaru.
"Heaven And Hell" zaskoczył praktycznie pod każdym względem, a osoba Dio wydała się odcisnąć ogromne piętno na zawartości muzycznej tego albumu. Od pierwszych dźwięków rozpoczynającego krążek "Neon Knights" zatwardziały fan zespołu mógł czuć się nie lada zaskoczony. Dynamiczny, bujający riff, szybkie tempo utworu i wokal z zupełnie innej bajki.

Dio, w przeciwieństwie do Osbourne'a, potrafił śpiewać, operując charakterystycznym, mocnym głosem, który zdecydowanie uwalniał się od warstwy instrumentalnej. Sami muzycy wielokrotnie podkreślali w wywiadach, że Dio "nie podążał za riffem" jak Ozzy, w zamian oferując o wiele bardziej wyzwolony styl śpiewu, oderwany od reszty, nadający kompozycjom Sabbs zupełnie innego wydźwięku, wyzwalającego go ze sztywnych ram.

Powyższe słowa znajdują potwierdzenie zwłaszcza w tych bardziej podniosłych kawałkach - dzięki nowemu wokaliście takie utwory jak "Children Of The Sea", "Lonely Is The World", "Heaven And Hell" czy najlepszy moim zdaniem na płycie "Die Young" zyskały na emocjonalności i dramaturgii. Co więcej, drapieżny styl wokalny znalazł odbicie w warstwie muzycznej, gdzie pozostała trójka muzyków wielokrotnie zapędza się w rejony dotychczas mało charakterystyczne dla Sabbs.

W porównaniu z poprzednimi płytami zespołu (zwłaszcza tymi wydanymi po "Sabbath Bloody Sabbath"), można odnieść wrażenie, że muzycy znów uwierzyli w swoje siły i poczuci radość grania. "Heaven And Hell", pomimo tego, że zachował charakterystyczny dla tej formacji, ponury nastrój, jest w dużej mierze albumem dynamicznym o ogromnej dramaturgii. Znalazło się na nim miejsce dla podniosłych, głębszych utworów (wspomniane powyżej cztery utwory), jak i dla klasycznie heavy-rockowych kawałków jak "Neon Knights", "Lady Evil" (ukłon w stronę twórczości Rainbow), "Wishing Well" oraz "Walk Away", które mają po prostu rozbujać słuchacza i to robią.

"Heaven And Hell" to początek nowego rozdziału w dorobku Sabbs, płyta, która ustawiła poziom na tyle wysoko, że kolejne wydawnictwa grupy nie były w stanie go przeskoczyć. W moim subiektywnym odczuciu jest to zdecydowanie najlepsze wydawnictwo grupy, na którym znajdziemy zarówno klimat pierwszych płyt, jak i nieporównywalnie lepsze partie wokalne i linie melodyczne. Jak album heavy-rockowy "Heaven And Hell" jest bez dwóch zdań dziełem kompletnym i perfekcyjnym, nawet jeśli nie miało ono takiego wpływu na rozwój ciężkiego grania jak pierwsze płyty tej kultowej formacji. Zdecydowanie jest to pozycja, która powinna znaleźć się na półce każdego fana rockowych brzmień.

Harlequin




CD 1 - Heaven And Hell:
1. Neon Knights   3:51
2. Children Of The Sea   5:33
3. Lady Evil   4:22
4. Heaven And Hell   6:57
5. Wishing Well   4:04
6. Die Young   4:42
7. Walk Away   4:23
8. Lonely Is The Word   5:50

CD 2 - Bonus Disc:
1. Children Of The Sea (Live, Single B-Side)   6:24
2. Heaven And Hell (Live, Single B-Side)   7:19
3. Lady Evil (Mono Edit, 7" Single)   3:54
4. Neon Knights (Live In Hartford, CN, U.S.A., 1980)   4:49
5. Children Of The Sea (Live In Hartford, CN, U.S.A., 1980)   5:58
6. Heaven And Hell (Live In Hartford, CN, U.S.A., 1980 & 12" Single Version)   12:34
7. Die Young (Live In Hartford, CN, U.S.A., 1980)   4:36




Tony Iommi – guitar
Geezer Butler – bass guitar
Bill Ward – drums, percussion
Ronnie James Dio – lead vocals

Guest:
Geoff Nicholls – keyboards




http://www.youtube.com/watch?v=DHrXtV5Ck7E



POZWÓL POBRAĆ INNYM, NIE BĄDŹ ŚWINIĄ!!!



INITIAL SEEDING. SEED 14:30-23:00.
POLECAM!!!

START WIECZOREM...

DETALE TORRENTA:[ ]
Podziękowania,
 




Komentarze